Najpierw szłam jednego dnia, zbadałam teren i szłam drugiego dnia. Pierwszego przychrzanił się jakiś palant ale był niegroźny. Właściwie przyczynił się do mojej nieostrożności. Potem go spotkałam już po wszystkim, pytał się jak się czuję.
Pytałam się nawet kogoś, w którą stronę iść, żeby zaczęły się wsie. Chyba Karoliny. Powiedziała, że czy w te czy w te to będą ludzie i miasteczka.
Plaża była mocno zagospodarowana. Pełno było barów i innych małych budynków nie wiem komu na co, i parasoli, które chyba stoją cały rok. Mało przy tym było ludzi, przez co jeszcze gorzej wyglądały te nieużywane sprzęty.
Mało ludzi i dużo nieużywanych sprzętów tworzyło smętny krajobraz.
Marzyła mi się dzika plaża. Postanowiłam iść tak długo aż zobaczę dziką przyrodę. W miarę jak szłam hotele widoczne z plaży były coraz brzydsze, coraz skromniejsze, białe ustąpiły miejsca pomarańczowo-różowym. W pewnym momencie plaża opustoszała z budynków i parasoli, za to pojawiły śmieci. Upstrzone śmieciami było też rozlegające się wzdłuż plaży pole porośnięte kępami suchej trawy. Gdzieniegdzie pasły się owce. Pastwiska i pola (czy co to było) ogrodzone były po mojej lewej stronie morzem, natomiast po prawej – szosą. Udało mi wyjść poza teren zajęty przez ludzi bez towarzysza drogi. Super. Zostało mi spełnianie marzeń – brnąć w dziką naturę.
W miarę jak szłam ilość śmieci kurczyła się, a szosa, która początkowo biegła równolegle do plaży, odgięła się, tak że morze i szosę dzieliło coraz szersze pole. Kuszące było dojść do miejsca, gdzie skończą się śmieci, turyści, pasterze, ich owce, szosa też ucieknie i w końcu będą sama. Ja i morze i plaża.
Po jakiejś godzinie wędrówki poczułam się sama. Co jakiś czas rozglądałam się na wszystkie strony, czy nikt się nie wyłania. Cisza. Żywej duszy wokół nie było, no może nie licząc momentami przemieszczających się plastikowych toreb. Słońce było wyjątkowo życzliwe jak na ostatnie dni grudnia. Zaczęłam czuć to, co tak bardzo chciałam poczuć – byłam tylko ja i natura. W tym miejscu na Ziemi słońce świeciło tylko dla mnie, morze szumiało tylko dla mnie. Uciekłam od ludzi, od zabudowań, od muzyki. Hm, co można zrobić z tak nieograniczoną wolnością? Można oszaleć ze szczęścia. Zatrzymałam się i uważnie rozejrzałam. Nic. Nawet owcy. Zdjęłam majtki. Co prawda zakrywały tak niewiele ciała, że opalanie go nie było tu żadnym argumentem, ale to była forma triumfowania – celebrowania wolności. Nikt i nic poza Panem Bogiem mnie nie widzi. Szłam tak jeszcze może pięć minut i stwierdziłam, że dalej nie ma co, że tu jest pięknie, nie ma śmieci, jest piasek, czas słodko i ciepło poleniuchować. Z piaskiem nie było tak znowuż komfortowo. Nocą wiatry były dość silne, i fale zalewały prawie całą plażę. Kilka godzin zimowego słońca nie nadążało osuszać plaży. Tego nie przewidziałam. Parę jeszcze minut szukałam sobie miejsca. Udało mi się znaleźć pagórek oddalony od brzegu na tyle, że piasek był suchy i ciepły. Pagórek z rzadka porośnięty jakąś nieprzyjemną rośliną. Przypominała coś w rodzaju polskich chwastów wyrwanych i wysuszonych. Każdy nieostrożny ruch i w ciało boleśnie wbijały się kujki. No nic, natura to natura. Zaraz za pagórkiem rośliny te rosły gęsto, cieszyłam się więc że w ogóle udało mi się znaleźć miejsce, gdzie jest sucho a tych roślin na tyle mało, że się mam gdzie położyć.
Stworzyłam sobie coś na kształt punktu obserwacyjnego. Leżałam w taki sposób że albo patrzyłam na lewą stronę plaży albo na prawą stronę plaży. Wystarczyło przewrócić głowę. Postanowiłam co parę minut przekładać głowę to na tę to na tę stronę, tak że miałam całą plażę pod kontrolą. Na co więc czekać? Zdjęłam stanik.
Tak właśnie wygląda spełnianie się moich marzeń. W Polsce wszyscy latają za prezentami, które nie zeszły im jeszcze z listy zakupów. Kupują już co popadnie, bo to dzień przed Wigilią, zostało tak mało czasu. Stoją w korkach. Ulice są zimne, ciemne i mają zapach spalin. Centra handlowe mają wydłużone godziny pracy. Dzieci płaczą, bo chcą już do domu. Mężczyźni marudzą, bo chcą już do domu. Z jakiejś racji kobietom zależy na skompletowaniu prezentów. Oczywiście, nie wszystkie dzieci, nie wszyscy mężczyźni i nie wszystkim kobietom. Tylko tak z grubsza. Jakiś mężczyzna w sklepie z damską bielizną wygląda, jakby zabłądził. Podchodzi do ekspedientki z karteczką i o coś pyta. Młode pary nerwowo sprawdzają zapachy perfum. Jak tu się nie denerwować, po trzecich wszystko już pachnie tak samo, a jutro Wigilia.
A ja mam słoneczne okulary na nosie, leżę na brzuchu z nagą pupą i patrzę na morze. Sprawdzam plażę z prawej, sprawdzam plażę z lewej i zamykam oczy. Słucham najpiękniejszej muzyki jaką znam. Nieustannego kołysania się ciężkiej słonej wody w ogromnym kontenerze. Muzyki, która tu była od prawieków, przetrwała miliony radości i smutków, i – w przeciwieństwie do muzyki tworzonej przez człowieka – nie wzmacniała tych uczuć ale je rozrzedzała, pokazywała ich miałkość wobec własnej potęgi. Muzyki, która jest tam dla siebie a nie dla człowieka. Tak to widząc, czuję się ze sobą lepiej jako człowiek. Od dziecka przerażały mnie sformułowania typu „człowiek zawładnął naturą”.
Sprawdzam plażę z prawej, sprawdzam plażę z lewej. O nie. Jakiś człowiek się przechadza ni stąd ni z owąd. Miałam zamknięte oczy góra 5 minut, a żeby tu dojść od plaży Hammamet, którą widzę, potrzebowałam dobre pół godziny jak nie więcej. Karolina powtarzała, tu jest bezpiecznie, policja jest skuteczna, za gwałt grozi tyle lat więzienia że nikt nawet nie próbuje. Nakryłam pupę bluzką. Będę udawać, że go nie widzę, to nie będzie miał pretekstu, by zagadać. Odwróciłam głowę w stronę pola. Cisza. Czekam skamieniała. Teraz powinien być na wysokości mnie leżącej. Lepiej się nie odwracać, nic nie sprawdzać, nic nie robić. Cisza. Martwa cisza.
Wyrasta spod ziemi zaraz obok mnie. Jest dosłownie obok mnie. Obszedł mnie tak cicho jak kot i teraz sobie tu siada. Nic nie mówi. Jest brzydki. Mocno zbudowany, porowata twarz, małe jasne oczy. Nie próbuje nawiązać kontaktu. Nawet się nie uśmiecha. Jest inny niż ci wszyscy mężczyźni, którzy mnie zagadywali w Hammamecie. Siada. Nie wiem, czego chce. Głaszcze mnie po ręku, mówi coś takim tonem jakbym mówił „spokojnie”. Teraz już wiem. Nie ma sensu dłużej tak leżeć pod samą bluzką. Wstaję i tak szybko jak potrafię ubieram się. On sobie zupełnie nic z tego nie robi, siedzi i patrzy. Nie przeszkadza mi. Dotyka moich rzeczy jakby sprawdzał co to jest, ale mi je oddaje.
Zaczynam się bać. Krzyczę najgłośniej jak potrafię. Ale to wcale nie jest głośno. Jestem jak za szybą. Daję z siebie wszystko, ale wiatr porywa moje wołanie i zabiera gdzieś daleko. Ledwo siebie słyszę. Czuję się bezskuteczna. Czuję się bezsilna. Pole przede mną jest rozległe. Najbliższe zabudowania są gdzieś bardzo daleko, widzę je ale nie wierzę, by ktoś tam mógł mnie usłyszeć. Szosy nie widzę zupełnie. Przerażenie. I on taki spokojny. Ja krzyczę a on obok siedzi. Stoję, patrzę w te pola, krzyczę, a on siedzi. W końcu nieśpiesznie przytrzymuje mnie za rękę i zasłania mi usta. Powtarza to coś w rodzaju „spokojnie”. Ani myśli iść sobie, nawet się nie uwija z tym, co chce zrobić. W takim razie on ma pewność, że tu nikt nie dotrze?! Przestaję krzyczeć, łapię torebkę, szukam telefonu. Wyrywa mi torebkę, sprawdza co w niej jest. Wszystko po kolei wyrzuca. Jestem ubrana, nie mam tylko butów bo on je gdzieś odrzucił. Biegnę. Ale gdzie ja pobiegnę. On siedzi, wcale za mną nie biegnie. To mnie wykańcza. Ja chyba mam zerowe szanse. Biegnę coraz wolniej. On w ogóle się nie śpieszy, nic nie robi, siedzi i to mnie przeraża. To jest jak na filmie przyrodniczym. On jest tu dużym szybkim silnym kotem a ja ewidentnie czymś na kopytach ze złamaną nogą. Nie mam szans. Krzyczę, piszczę, próbuję wszystkiego, oby na litość boską wyszedł ze mnie w końcu jakiś słyszalny dźwięk. Gdzie ja właściwie mam biec? Z jednej strony jest morze, z drugiej pole porośnięte tymi chwastami. A ja boso. Biegnę wzdłuż plaży. Czuję się taka głupia. Taka przegrana. Taka bezsilna. On ponownie wyrasta spod ziemi, tym razem chwyta mnie za rękę i ciągnie w dół. Zasłania mi usta. Zdaje się w ogóle nie wkładać w to wysiłku. Ma nade mną totalne panowanie. I się nie śpieszy. Bacznie obserwuje. Jego oczy są w ciągłym aczkolwiek nieśpiesznym ruchu. Obserwuje. Patrzę na jego twarz. Ma jasne małe oczy. Jego oczy nigdy nie patrzą w moje, nawet gdy patrzą w tym kierunku. Ma jakieś takie płytkie spojrzenie. Nie czuję się na siłach wykrzesać z niego odrobiny współczucia. Jest jak maszyna.
Zaczyna mnie całować w usta. Nic z tego nie rozumiem. Po co mu moje usta. Przecież to nie jest seks, to jest coś, do czego potrzeba uczucia. Jest obrzydliwy i tą swoją obrzydliwość serwuje mi w małych dawkach, powoli. Kot długo bawi się swoją ofiarą, zanim ją zabije, by zmiękczyć mięso, by było smaczniejsze. To mi przychodzi do głowy. Ale nie pomaga mi to zrozumieć mojej sytuacji. Postanawiam spróbować wziąć go z zaskoczenia. Zbieram siły i uderzam go w twarz, nie wiem, dokładnie w co. Jestem cała roztrzęsiona. To posunięcie zdaje się nie robić na nim najmniejszego wrażenia. Bierze moje obie ręce w swoją jedną i od tego czasu je mocno trzyma. Co prawda leci mu krew, ale nie sądzę, że z nosa. Pewnie rozwaliłam mu jakiegoś gojącego się pryszcza. Teraz jest jeszcze bardziej obrzydliwy. Unieruchomiona do reszty zaczynam wątpić w możliwości wyjścia z tego cało. Krzyczę, ale bynajmniej nie w nadziei, że ktoś mnie usłyszy. Krzyczę, bo on jest obrzydliwy, bo się go brzydzę tak bardzo, że cokolwiek chce mi zrobić, to chcę by już było po wszystkim. Krzyczę, bo się boję chorób, i że już nigdy nie będę się dobrze czuła z mężczyzną. Że moje życie zacznie wyglądać inaczej. Że będzie uboższe o to, co było w nim piękne.
Niespecjalnie dobrze sobie radząc jedną ręką, odsłania moje piersi. I co robi? Całuje je. Jakiś nienormalny. Skoro lubi taki normalny ludzki seks, to po co atakuje? Nie może pójść do jakiejś kobiety, złożyć jej propozycję? Całe dorosłe życie wierzę w to, że mężczyzna całą grę wstępną traktuje jako nieciekawy obowiązek, a tu jakiś chłop bierze mnie siłą, żeby mnie obcałować. Coś strasznego musi mieć w zamyśle. Mamo, jak mnie to męczy, niech to się już skończy. Mamo, krzyczę czy jęczę, nie wiem, nie słyszę siebie. Przypomina mi się, że przecież mężczyźni mają to swoje wrażliwe miejsce i tam trzeba kopać. Tylko że, kurwa, on ma złączone nogi. Teraz sobie zdaję z tego sprawę – on ma cały ten czas, odkąd jesteśmy na ziemi, złączone nogi. Nie ma jak go tam kopnąć. Musiałabym wyskoczyć nagle i pobiec, zajść go od tyłu. Daję z siebie wszystko i próbuję szybkiego szarpnięcia. Udało mi się może przesunąć o 5 centymetrów. Od tego czasu nie próbuję już niczego. Nie wierzę, że to się nie stanie. Czekam aż to wszystko się skończy. Nie krzyczę. Im mniej krzyczę i się szarpię tym wolniej on zdaje się działać. Agresja z mojej strony może tylko wywołać agresję z jego strony, myślę sobie. Zresztą, ja mu nic nie dam rady zrobić, choćby przeszła siebie, a dla niego rozwalić mi noc to pestka.
Czego ode mnie chce ten obcy obrzydliwy brudny i śmierdzący … człowiek? Nie takie gwałty widziałam na filmach. Już pomijając filmy, gdzie „już jest po wszystkim” i dziewczyna jest transportowana do szpitala, to widziałam takie, gdzie żołnierz wpada, chwyta kobietę, jakąś urzędniczkę, sadza na biurku, zadziera jej spódnicę, rozpina sobie spodnie i w nią wchodzi. No i ona krzyczy. Pamiętam, oglądałam ten film jako dziecko. Myślałam sobie wówczas – skoro ją to boli to po co ludzie robią to dobrowolnie? A jeśli to wcale nie boli, to po co ona krzyczy? W każdym razie, tak sobie zawsze wyobrażałam gwałty, przynajmniej te, w których kobieta ma świadomość, co się dzieje.
Rozpiął mi spodenki, i zaczął całować. Został mi ostatni możliwy do wykonania manewr. Błagam. Błagam, by tego nie robił. Nawet coś na to odpowiada, coś jakby się godził. Więc błagam dalej. To może zadziałać. Może się łudzę, ale to nic nie kosztuje. Zresztą jestem już tak zmęczona czekaniem na wyrok, że suchy bezsilny płacz to jedyna funkcja, jaką moje ciało jest w stanie wykonywać.
*
Jego usta sięgały po coś głębiej i wycofywały się, tak, że czułam się jak smakowity owoc, z którego on wyjada dobry środek.
Za chwilę leżał obok na wznak. Posłusznie. Przynajmniej taka forma posłuszeństwa jest możliwa do wyegzekwowania – zaniechanie działania. Sprawa się komplikuje, gdy chcemy kogoś nakłonić do jakiegoś działania czy do działania w jakiś sposób. Leżał na swojej połowie, był dokładnie na wyciągnięcie mojej ręki. Nic nie mówił. Nie robił w moją stronę żadnego gestu. Tak jakby chciał zapomnieć, że tam jestem. Miał głęboki oddech. Był odkryty do pasa i widziałam jak pracuje jego klatka piersiowa. Mocna, ładnie zbudowana ale bardziej chłopięca niż męska. Jego ciało było piękne. Przypominało mi mieniące się w świetle księżyca jezioro w letnią noc. Tak samo kołysało się w górę i w dół, tak samo odbijało światło. I tak samo zdawało się mówić „Choć, jestem miękkie i ciepłe, dotknij mnie, poczuj w dłoni gładkość aksamitu”.
Przesunęłam dłoń wzdłuż jego klatki i brzucha. Obietnica została spełniona. Zaczęłam go głaskać. Nic nie mówił, tylko jeszcze głębiej oddychał. Spojrzałam na jego twarz. Miał szeroko otwarte ciemne oczy i patrzył się nigdzie. Nie zmieniając pozycji zsunęłam rękę niżej i sięgnęłam po jego penisa. Tak musiała się czuć Ewa w raju. Wzięłam do ręki coś pięknego, wiedziałam, że robię coś złego, i nie wiedziałam, dlaczego to jest złe. Moje serce przyśpieszyło tempa, poczułam napływ energii. Całe zmęczenie i senność pierzchły, nie pozostawiając po sobie śladu. Ujęłam jego penisa mocno ale delikatnie w ręku. Ledwo zapanowałam nad pragnieniem zaciśnięcia go w pięści. Był równy, prosty, średniej wielkości i miał ślicznie wyprofilowaną główkę.
Odrzuciłam koc, poderwałam się i przyklęknęłam tak, że jego uda były między moimi udami. Spojrzałam na jego twarz. Była na niej niecierpliwość przechodząca w cierpienie, i była też kompletna niepewność dalszego ciągu. Byłam przekonana, że mogę zrobić odwrót, położyć się obok, i nic, ale to nic, żadnego smęcenia ani próśb nie usłyszę. Poczułam się z tym dobrze. Chwilę masowałam jego penisa, nie mogąc się nadziwić, że to wszystko jest prawdziwe, że takie rzeczy na tym świecie się dzieją, pochyliłam głowę, był po prostu smakowity, i już bez najmniejszych zapasów cierpliwości objęłam go ustami i ześlizgnęłam usta w dół, nieśpiesznie rozkoszując się każdym kolejnym milimetrem. Czysta przyjemność. W zaciśniętych ustach i pod językiem czułam jego twardość, aksamitność i ten regularny niczym nie zakłócony kształt. To był chłopak do kochania na jedną noc. Nie było w nim nic, co wymagałoby zaakceptowania. Mógł nie być w czyimś typie ale nie było w jego ciele najmniejszych uchybień od ideału. Może dlatego tak milczał. Był piękny – dodawaniem czegokolwiek do swojego wizerunku mógł tylko popsuć efekt. Ale jego milczenie nie było nieme. Zdawał się mówić „wiem kim jestem; chcesz, to ci powiem więcej”.
Wilgoć wychodząca ze mnie podszeptywała mi, że jeszcze trochę i znajdę się na drodze jednokierunkowej. Puścić teraz to cudo z ręki byłoby dość surowym wymaganiem wobec siebie. Aczkolwiek do wykonania. Ale co potem? Czekać przez drugie pół nocy, aż krew i łaskotanie ustąpią pod naciskiem rzucanych sobie oskarżeń, pouczeń i postanowień? Potrafię to zrobić? Ten mężczyzna jest niepowtarzalny i ten układ, w jakim się znaleźliśmy, jest niepowtarzalny. Nie wiem, czy potrafię to zrobić. Ale nie mam ochoty na zdawanie egzaminów dojrzałości.
„Masz prezerwatywę?”
„Mam”
„Masz?!” zdziwiłam się i szybko o tym zdziwieniu zapomniałam.
Jego penis przedarł się między nabrzmiałymi soczystymi połówkami mojego owocu. Na co dzień jest to cipka, ale w takich momentach jest to owoc wielkości dużej pomarańczy, równie słodki i równie piękny. Rozkosz rozeszła się po całym moim ciele. Poczułam mrowienie w łydkach i lekki zawrót głowy. Tak jakby cała moja krew i energia krążąca po gęstej siatce nerwów pielgrzymowały w miejsce, gdzie było mi naprawdę dobrze. To w sumie ma sens – wszyscy i wszystko chce znaleźć najlepsze dla siebie zastosowanie. Całe moje odczuwanie bodźców ze świata skompresowało się do rozmiarów pomarańczy, ciężkiej nabrzmiałej pomarańczy, zbliżającej się w szybkim tempie do granic swojej wytrzymałości.
Sen przyszedł nie wiem kiedy.
Obudziłam się bynajmniej nie w jego objęciach. Ale miło było widzieć obok jego ładną buzię.
„Cześć,” odpowiedziałam jego patrzącym się na mnie oczom.
„Cześć”.
„Chcesz już wstawać?”
„Nie, ale chcę zjeść śniadanie. Dobrze by było już iść,” odpowiedział bez uśmiechu.
Punktualność to bardzo dobra cecha. I chyba ja nie mam nie tylko tej cechy, ale jeszcze tej, która jest potrzebna, żeby tak poważnie podejść do sprawy wychodzenia z łóżka. A ta cecha niechybnie warunkuje bycie punktualnym, wiec w zupełności wystarcza.
„Dzisiaj w nocy było mi bardzo dobrze,” dodał. Chyba dało się zobaczyć moje rozczarowanie tym porankiem. Cóż, są korzyści, są i koszty. Nigdy mi nie oświadczył, że jestem dla niego kimś ważnym. W dodatku, zanim do wszystkiego, co dobre, doszło, zdążyłam wyrzucić go z pokoju i zgodzić się na jego powrót. To mogło przydeptać jego poczucie kreowania rzeczywistości, kucia własnego losu, czy dumy. Chociaż to ostatnie słowo nie bardzo do niego pasowało.
„Zrobiłam ci laskę, pamiętasz?”
„Tak tak, pamiętam,” potrząsnął głową dla wzmocnienia siły zapewnienia.
„Dobrze?”
„Super,” znowu potrząsnął głową.
Ok, myślę sobie, jest to jakaś rekompensata za brak „Kocham cię”.
*
Podniósł się i zaczął biec w przeciwnym kierunku niż ten, z którego przyszedł. Poprawiłam się i zaczęłam biec w stronę szosy. Pomyślałam, że mogłabym zatrzymać jakiś samochód, dojechać na komisariat policji, i zaczęliby go szukać. Szukać go? Są w ogóle na to szanse, by go znaleźć? Biegłam przez moment szybko, ale za chwilę przestałam wiedzieć, po co ja właściwie biegnę. Bezkres, jaki mnie dzielił od szosy, wydał mi się nie do przebycia.
W tym momencie zobaczyłam, jak z naprzeciwka nadbiegają dwaj młodzi mężczyźni, ubrani w powyciągane ciuchy, wyglądali, jakby się oderwali od pracy. Biegli nie tyle w moją stronę, co podążali za nim. Krzyczeli coś do mnie w niezrozumiałym języku, i pokazywali ręką w kierunku, gdzie on pobiegł. Wyglądało na to, że chcieli się upewnić, że to tam on pobiegł. Energicznie machnęłam ręką kilka razy dla potwierdzenia. Przez jakiś czas jeszcze biegli w tamtą stronę, ale zawrócili, i wolno szli w moim kierunku. W miarę jak się zbliżali, ja się odsuwałam. Widząc to, stanęli w miejscu w takiej odległości, że ledwo widziałam ich twarze. Widziałam, że są młodzi, mają nie więcej niż 25 lat, i wyglądali na poczciwych dobrych ludzi, ale nie wiem, na ile trafnie potrafię coś takiego ocenić. Wyglądali niewiele inaczej niż moi kuzyni ze wsi, gdy jeszcze pomagali rodzicom na gospodarce i biegli po krowy czy może roblili inne rzeczy, ale tych innych nie umiałabym opisać. Ci dwaj chłopcy czy mężczyźni krzyczeli coś do mnie, kiwali głowami na „nie”, i rozkładali ręce. „Nie da się go dogonić. Zbyt daleko już się oddalił,” czytałam bardziej z ciał niż z mowy. Hm, od początku tak myślałam, dziwiłam się, że w ogóle podjęli taką próbę.
Stałam tak, a że akcja się urwała, zaczęłam czuć się. A może myśleć? Może uczucia by się tu same nie obroniły, może musiałyby jeszcze jakiś czas czekać, bym je usłyszała, ale nie wiedziałam, co o sobie i o tym wszystkim, co się stało, myśleć. I tym je rozbudziłam. Czułam wstyd. Na pierwszym planie, w sposób dla mnie najmniej niezrozumiały, wstydziłam się pokazać w takim stanie. Byłam brudna, i czułam obrzydzenie do jego śliny, krwi, spermy, i jakiejkolwiek innej materii, niechby i piasku, ale jaki on pozostawił w kontakcie z moim ciałem. Byłam taka sponiewierana, podotykana, miałam wrażenie, że jest widoczne gdzie mnie dotykał, gdzie całował, gdzie krępował. Nie umiałam się odnieść do swojej sytuacji. Wszystkie stworzonka leśne zostawiły swój las i zbiegły się, żeby pomóc mi wiedzieć, co myśleć, co czuć. Szybko podzieliły się na dwa obozy – jedne chciały sprawić nade mną sąd, drugie z miejsca uznały mnie za ofiarę i miały dla mnie dużo ciepła. Patrzyłam to w jedną stronę, to w drugą. Nie potrafiłam stanąć po żadnej. Obie strony miały tyle argumentów, że bolała od tego głowa. Stanęłam ze złączonymi nogami, zakryłam dłońmi twarz i zaczęłam płakać. Chciałam zająć jak najmniej powierzchni, a najlepiej zniknąć. Wszystko ucichło. Cały świat stanął w bezruchu, włącznie w wodą i wiatrem.
To trwało bardzo krótko. Poczułam na sobie czyjś wzrok. Pobiegłam do morza, zdjęłam spodenki, i dałam się opłukać falom morskim. Spodenek już nie znalazłam. Zdjęłam sweter, owinęłam wokół talii, i stałam zwrócona do morza. Jeden z chłopców czy mężczyzn, ale teraz wolałam widzieć w nich chłopców, podbiegł ze swoimi spodniami i szybko się oddalił. Spodnie były sporo za duże, ale ciepłe, i mnie zakrywały, i to się liczyło.
„Mówisz po francusku?” spytał, gdy odwróciłam się w ich stronę. Był chyba starszy, i na pewno bardziej śmiały i otwarty. W jego postawie było coś bardzo przyjaznego.
„Nie,” odpowiedziałam po angielsku, i zaprzeczyłam głową, „tylko angielski”.
„O, ok., ja też po angielsku, ale tylko trochę,” odpowiedział, zdejmując przy tym swój sweter i mi go podał. Super. Na szczęście ubrany był na cebulę, co mnie trochę zdziwiło. Zdaje się, że tutejsi ludzie ubierają się rano i pozostają tak do wieczora bez względu na pogodę. A poranki i wieczory były bardzo chłodne.
„Biegł bardzo szybko. Nie mogliśmy nadążyć,” w jego geście było coś z „przepraszam”.
Spojrzałam w stronę, w którą pobiegł. Nie miałam ochoty dłużej nim się zajmować. Chciałam znaleźć się w hotelu, wziąć prysznic i położyć, i nie myśleć już o niczym.
„Gdzieś tu miałam dół od opalaczy,” starałam się wyjaśnić, pokazując na ubraną górę a następnie pokazując na dół i rozkładając ręce. Młodszy przebiegł się po plaży i zaczął krążyć w miejscu. Poszłam za nim. Zobaczyłam placek dobrze rozkopanego piachu. A więc jednak cokolwiek walczyłam, nie byłam taka beznadziejna. Choć były to dla mnie dobre wieści, zachciało mi się płakać. Chłopak, nic nie mówiąc, wyciągnął do mnie rękę z turkusowymi majtkami. Chwilę później, jeszcze na wpół zgięty, podał mi coś małego. Nie widziałam co. Patrzyłam jego patrzące z dołu oczy, bardzo ciemne okrągłe poważne oczy. Nie było w nich nic z osądzania mnie, raczej współczucie. Nic z wyżej, raczej coś z uniżenia, ale nie z poniżenia. Jego karnacja była ciemna, ale – co było wśród tutejszych rzadko spotykane – o bardzo chłodnym odcieniu. Był szczupły, delikatny i mocny zarazem. Podawał mi moją gumkę do włosów. Było mi niezręcznie. Usłyszałam szemranie stworzonek z obozu osądzającego. Mówili, że kradłam współczucie, że na aż tyle nie zasługiwałam. Że trzeba było być ostrożnym. Wiedziałam, że ta sytuacja to będzie im woda na młyn.
„Masz 29 lat i poszłaś sama na dziką plażę?!” wykrzyknął, „Nie wiedziałaś, że to niebezpieczne? Rany! Ja myślałem, że ty masz 20 lat, to bym zrozumiał.”
czwartek, 12 marca 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)