wtorek, 4 sierpnia 2009

miałam dziś taki sen

miałam dziś taki sen: codziennie rano brałam forda i jechałam do domu Grzegorza i jego żony i tam siedziałam, pracowałam, dopóki oni nie wrócili z pracy. trochę się ukrywałam a trochę nie, i jak mnie Grzegorz zobaczył to zaczęłam się mu tłumaczyć, że ja tu tylko na chwilę, że zaraz jadę. w szafach były ich rzeczy i biłam się między swobodnym poruszaniem się tam a niedotykaniem niczego, bo chciałam, żeby było naturalnie, tak jakbym miała prawo tam być a zarazem żeby mnie nikt nie oskarżył, że coś tam kradnę.
pamiętam, że ten dom na grzyba mi był potrzebny. było tam przyjemnie, była to wieś jak się patrzy, a zarazem czysto i nowocześnie w środku, tak jakby gdzieś na Woli, może w Babicach, bo akurat o tym Karina opowiadała dzień wcześniej, ale bardziej chciałam tam jeździć, żeby ich o coś prosić, mieć z nimi coś wspólnego, że niby naturalne mamy ze sobą kontakt.
i chyba tak robię z Kariną. ona ma mnie w dupie to ja jeszcze bardziej po coś tam jestem. chcę coś od tych ludzi, ale bardziej na siłę niż z braku innych rozwiązań. zawsze mogę sobie bez nich poradzić, ale kosztuje mnie to 50 zł więcej czy 2 godziny pracy czy zmęczenia czy inny problem ale nigdy taki duży żeby w tych ludzi się tak wczepiać. a ja się wczepiam.
**
Grzegorz to dobrze zarabiający znajomy, z którym próbowałam założyć firmę, ale nie byłam taka zdyscyplinowana i do rzeczy jak on. zalicza się do tej kategorii znajomych, którym chcę się przypodobać ja, a nie w drugą stronę. nie wiem, czy mam znajomych, z którymi jestem na równi, może ci dalsi, albo precyzyjniej, ci z którymi nigdy nie byłam blisko. oczywiście z dwojga złego wolę tych, którym ja muszę się przypodobywać, bo ci, którzy chcą się przypodobać mi, męczą mnie, boję się, że będą coś chcieli, np. siedzieć w moim domu podczas mojej nieobecności.
**
druga połowa snu wyglądała tak: jechałam pociągiem z Pruszkowa do Centrum. nie wiem, skąd się wzięłam w Pruszkowie, ale byłam tam ważna. w drodze powrotnej jakiś chłopak "zabierał się ze mną" bo nie znał drogi. choć trasa była krótka, pociąg był dalekobieżny, ludzie jechali z daleka i panowało lekkie zaniepokojenie, czy powysiadają na dobrych stacjach. tylko ja byłam "stąd" i miałam gest pomóc temu chłopakowi dobrze wysiąść. moje uczucia: satysfakcja, że pomagam, że wiem lepiej, że dyktuję warunki (wysiądziemy na Pradze a nie na Śródmieściu), poczucie godności, ale - w jeszcze większym stopniu - podenerwowanie, że on jest taki zdezorientowany, że się mnie trzyma, że nie wiem, kiedy go zgubię, kiedy zrzucę z siebie ten ciężar odpowiedzialności.

*****
moim największym kompleksem jest chyba praca. nie mam konkretnej pracy, nie podobało mi się w "biznesie", tj. w biurowcach gdzie czułam, że robię coś niedorzecznego, i dodatkowo mam to tuszować miną i strojem. teraz uczę w domu angielskiego, dla wielu ludzi jest to równoznaczne z byciem bezrobotnym, przynajmniej takie mam odczucie jak słucham ich komentarzy ("a czemu sobie nie znajdziesz normalnej pracy?"). ale poza pracą też jest dużo rzeczy, których się wstydzę. dużo mówię o sobie, nie wiem po co, a moje opinie i historie nie są powszechnie akceptowane. mogłyby te moje problemy się skończyć jak ręką odjął, gdybym przestała tak szukać akceptacji, gdybym umiała zmyślać lub nic na swój temat nie mówić. ale nie umiem. co więcej, ja chyba chcę z nimi wszystkimi wygrać, przekonać ich, że to co ja wybieram, jest lepsze. bo może sama sobie nie wierzę?
Michał, chłopak z którym byłam w kratkę 9 lat, był taki jak ten chłopak z pociągu. takie małe dziecko, które patrzy w okno i pyta, kiedy wysiadamy, bo wiecznie nie może tego ogarnąć. a ja próbuję go zgubić na mieście, bo rozstać się inaczej - nie czuję bym miała do tego prawo. ludzie na okrągło pytali czy z nim jestem, ja za każdym razem plątałam się w zeznaniach, chciałam powiedzieć prawdę i zarazem nie było jak jej powiedzieć. byłabym wzięła z nim ślub a potem rozwód, wszystko dla wszystkich byłoby jasne: chcieli, próbowali, nie wyszło. a tak to jest: on chciał, próbował, a ona sama nie wie czego chce. generalne tak o mnie mówią jak już coś mówią. nigdy nic w stylu: współczuję, musiało ci być ciężko.
**
moją mocną stroną jest umiejętność zabawiania ludzi i seksualna strona mnie. to drugie to jedyne pole, na którym nikt nie byłby w stanie wprowadzić mnie w poczucie, że jestem beznadziejna. na dzień dzisiejszy uważam, że więcej z tego problemów niż pożytku. mam wrażenie, że jeśli ktoś ważny (np. profesor na uczelni) ma dla mnie czas to tylko dlatego, że mu się podobałam, i to nie fizycznie sensu stricte, bo aż taka atrakcyjna nie jestem, tylko że mam napisane na czole, że seksualność to moja mocna strona. oliwy do ognia dolewa fakt, że kobiet na wysokich stanowiskach jest mało, więc nie bardzo mam możliwość wyciągnąć statystycznie poprawne wnioski.
teraz moim chłopakiem, od kilku miesięcy, jest mój nauczyciel ze szkoły językowej, Simon. był zachwycony moim angielskim ale egzamin napisałam na C, czyli tróję. to kolejny element w tym samym szlaczku od lat - urosłam na jakiś czas bo pierwsze skrzypce grała moja seksualność. osobisty kontakt z nauczycielem to zwykle uznanie, po czym idę na wystandaryzowany egzamin i okazuje się, że jestem przeciętna.

****
a więc w moim życiu jest nowy człowiek. mam okazję też być nowa - inna niż dotychczas. są rzeczy, z którymi sobie rażąco nie radzę. nie wiem, czy stawiać siebie na pierwszym miejscu, w jakich sytuacjach tak, w jakich nie. czego wymagać, gdzie odpuścić. a co najgorsze, nie umiem przyjmować prezentów, bluzki czy żeby on zapłacił za mnie w kawiarni. mam wrażenie, że on to robi ale że jemu to nie w smak, i się zastanawiam, czy mam się tym przejmować, jaką on ma minę jak płaci? mam płacić za siebie? i nawet tam, gdzie nie chodzi o pieniądze, gdy chcę go prosić o pomoc w angielskim, to czuję się źle, że go wykorzystuję.
też sama się czuję wykorzystywana. bo np. dostosowujemy godziny spotkań do jego godzin pracy. ja mam teraz tak mało pracy, że do mnie nic nie trzeba dostosowywać. to bardzo boli, zwłaszcza że niemal wszystkie moje znajome porodziły dzieci i myślą, że ja nic innego nie mam do roboty tylko jeździć do nich, kiedy męża nie ma w domu i się nudzą. nie ważne, że ja wolałabym się spotkać w weekend, przecież "nie chodzę do pracy". nie umiem sobie poradzić ani ze znajomymi ani z Simonem. oczywiście tak naprawdę to ze sobą. znajomym się wymiguję, Simonowi się dąsam. mam taki moment kiedy mi się zbierze i zaczynam się dąsać. przestaję się odzywać, mam ochotę pójść gdzieś i nie wrócić. ale sto razy bardziej wolałabym zrobić w końcu w życiu coś innego, świeżego.